Różne już rzeczy zarzucano fantastyce. Widziano w niej ukrytą opcję satanistyczną, szkodliwe oderwanie od rzeczywistości, propagowanie przemocy i innych zachowań patologicznych, ale jeszcze nigdy dotąd nie traktowano fantastyki, jako poważnego zagrożenia dla trwałości związków oraz czynnika skutecznie zniechęcającego do antykoncepcji. A wszystko, jak zwykle, przez naukowców.+
Pewna brytyjska pani psycholog, Susan Quilliam, specjalizująca się w seksuologii i mowie ciała, w opublikowanym niedawno na łamach „
Journal of Family Planning and Reproductive Health Care” artykule, rozprawia się okrutnie z gatunkiem
fantasy & romance, zwanym również romansem paranormalnym. Zdaniem pani Quilliam, kobiety zaczytujące się w tego rodzaju publikacjach, mają zdecydowanie zbyt wysokie wymagania w stosunku do swoich życiowych partnerów. Czytelniczki romansów paranormalnych, jak twierdzi nasza ekspertka, nie tylko oczekują od mężczyzn stanu permanentnego zakochania, bez względu na czas wspólnie spędzony lub możliwe przeciwności losu, ale i heroicznej wprost sprawności w życiu seksualnym. W książkach z gatunku
fantasy & romance – pisze pani psycholog - kobiety przeżywają wielokrotne orgazmy i tego samego oczekują również po powrocie do szarej prozy życia. Tymczasem, zamiast białoskórych, bladolicych, wampirycznych amantów, zastają w domu często niezbyt atrakcyjnych samców z gatunku
homo sapiens, których, jak na złość, akurat właśnie boli głowa. A jeśli już nawet trafią na ten dzień tygodnia, w którym ich partner może, to bardzo szybko okazuje się, że może on raczej niewiele. Zawiedzione i rozczarowane kobiety wracają więc do swojej romantycznej lektury, gdzie mężczyźni (albo raczej mężczyznopodobne istoty) są szarmanccy, romantyczni i… trwale sztywni.
Skoro już o sztywnieniu mowa… z badań pani Quilliam wynika, że omawiane (a wręcz obgadywane) przez nas czytelniczki, tak dalece rozmiłowały się w możliwościach i uroku paranormalnych kochanków, iż postanowiły odrzucić wszelkie, mogące powstać między nimi bariery. Ponieważ jednak nie mają do nich fizycznego dostępu, w ramach zastępstwa odrzucają bariery pomiędzy nimi samymi, a ich aktualnymi (choćby chwilowymi) kochankami.
I tak, za przeproszeniem, dochodzimy. Do sedna sprawy dochodzimy. Otóż, pani psycholog ujawniła, iż
romantic fiction często aktywnie zniechęca do używania prezerwatyw. Przeprowadzone ostatnio badania pokazały, że o korzystaniu z kondomów wspomina się w 1 romansie na 10! Co gorsza, zwłaszcza dla producentów owych lateksowych rekwizytów, czytelniczki bardzo – znów przepraszam za wyrażenie – chętnie… poddają się takiemu zniechęcaniu. Rodzi to (oj, rodzi!) poważne konsekwencje.
Z drugiej jednak strony, to rodzenie wiadomych konsekwencji, może mieć prawdziwie zbawienne skutki nie tylko dla Polski, ale całej Europy. Wiemy przecież doskonale, że niż demograficzny zagląda nam coraz głębiej w oczy. Już teraz mówi się o perspektywie całkowitego wymarcia niektórych narodów w przeciągu 100 – 150 lat. Może więc fantastyka, a zwłaszcza
fantasty & romance, pozwoli ocalić całe nacje od rychłego zapomnienia? Nie sprawdziła się polityka prorodzinna rządu, ulgi dla matek z dziećmi ani nawet oficjalne potępienie antykoncepcji przez Kościół. Czyżby więc na naszych oczach powstawała nowa mądrość ludowa, mówiąca, że gdzie papież nie może, tam Stephenie Meyer pośle?
+
Poza tym, tajemnica wpływu romansów paranormalnych na niechęć kobiet do używania jakichkolwiek „barier” w kontaktach z ich oblubieńcami, może mieć zupełnie prozaiczne podłoże. Zazwyczaj – podaje pani Quilliam – czytelniczki powieści z tego gatunku, wzorując się na ich bohaterkach, odmawiają stosunku (na całe szczęście chodzi tu jedynie o stosunek z prezerwatywą) tłumacząc swoją decyzję duchowymi, niemal metafizycznymi czy wręcz transcendentnymi motywami. I wszystko to brzmi pięknie oraz niesłychanie romantycznie, tylko ciągle w pamięci pozostaje mi pewna, niezwykle pasująca tu anegdotka, którą mój kochany profesor od geografii podzielił się swego czasu z uczniami.
Otóż, rzecz działa się na przerwie w pokoju nauczycielskim. Od kilku chwil pomiędzy zebranymi tam osobami toczyła się bardzo ożywiona dyskusja na temat lekcji religii, etyki nauczycielskiej oraz zajęć z wychowania do życia w rodzinie. Najgłośniejszy spór trwał na linii: katecheta i pewna młoda wuefistka. W punkcie kulminacyjnym zatargu, szacowny i świątobliwy katecheta zakrzyknął nieco już przybladły z emocji – Jeśli już seks, to tylko z prezerwatywą! Na to młoda wuefistka tupnęła mocno zgrabną nóżką i zawołała – A próbował pan kiedyś jeść szynkę przez folię?!
Taaak… drodzy moi, od czasu, kiedy usłyszałem ową anegdotkę, ile razy spotykałem, grającą tam jedną z głównych ról nauczycielkę wychowania fizycznego, nie wiedziałem, co z oczami zrobić. Nawiązując zaś do badań Susan Quilliam, może jest tak, że szanowne czytelniczki, wzorem pani wuefistki, również nie mają ochoty poprzestać na delektowaniu się „szynką”, smakowaną przez „folię”? Może i tym razem złowrogi wpływ fantastyki jest mocno przeceniany? A może, po prostu, w ramach profilaktyki, do tytułów z gatunku
fantasy & romance należałoby zacząć dodawać różnego rodzaju inserty w formie gadżetów tłumiących rozbuchane kobiece żądze? Brom - na uspokojenie szalejącego libido; gustowne dildo, zatwierdzone przez autorkę powieści, jako wierna kopia wiadomego elementu wyposażenia głównego bohatera - zamiast zakładki. Ba! Na tym można by zbić majątek! Niech no tylko wydawcy zwąchają okazję. Już widzę nową lubelską inicjatywę:
Oficyna wydawnicza „Pale Horse” – rozkosz w trakcie lektury! Ależby w Polsce czytelnictwo wzrosło…